wtorek, 28 września 2010

L'Artisan - Tea for Two


Tea for Two L'Artisana to zapach, którego chyba nie potrafię obiektywnie ocenić. Po pierwsze znudziły mi się herbaciane zapachy [a 5o'ckock(...) Lutensa postawił poprzeczkę za wysoko], po drugie takiej herbaty, jaką zaserwował L'Artisan na pewno bym nie ruszyła. Ze względu na skojarzenia i to, że ze wściekłym zacięciem słodzę tylko kawę, a herbatę wolę 'czystą'.

Już otwarcie zapachu sprawia ,że się krzywię. Takiej ilości cukru w herbacie nie toleruję. Co do gatunku samych liści, to stawiałabym na zwykłą 'czarną' . Mimo że wśród nut widzę bergamotkę, to jednak cytrusek zagubił się gdzieś między piątą ,a  szóstą łyżeczką cukru. Ani trochę nie ożywia zapachu.

W 'rozwinięciu' czuć lekką goryczkę charakterystyczną dla czarnej, nieperfumowanej herbaty. Na szczęście udało się jej wypełznąć spod chochli cukru i łychy miodu. W tle czuć odrobinę nut drzewnych, ale delikatnych i nie zaburzających wizji herbatki u szalonego cukiernika. 

Niestety stan, który nazwałabym 'znośnym' trwa niedługo. Po jakiejś godzinie mam wrażenie, że ta herbata stoi już za długo. Perfumy oddają woń wystygłej, słodkiej herbaty. W stanie kiedy na jaj powierzchni zbiera się połyskujący osad, a napoju już  nie chce się pić. No i na tym etapie odechciewa mi się wąchać T4T...Ale z nadzieją brnę dalej...

I co?
I jest jeszcze gorzej. Ale gorzej pewnie tylko dla tych, którzy mieli okazję pić Becherovkę :D Czeską wódkę o  specyficznym , słodkim, lekko miodowym zapachu. Na początku woń wspomnianego trunku nie wydaje się odrażająca. Stwierdziłam , że pachnie nawet ładnie jak na alkohol. Ale po pierwszym 'kielonku' zapach zaczyna kojarzyć się ze smakiem...a ,ten do najlepszych nie należy :P I herbatka L'Artisana jest moim zdaniem właśnie tym specyfikiem zaprawiona. 

Ostatnia faza nie wywołuje u mnie większych emocji. Mocniej wyczuwalne są nuty drzewne i zapach coraz mniej przypomina herbatę. Dalej jest słodki, ale w bardziej znośny sposób.

Nie ciężko zauważyć, że to kolejny zapach L'Artisana na którym się zawiodłam. Nawet gdybym nie odnalazła w Tea for Two skojarzeń z trunkiem , to i tak jego wizja herbaty nie przypadła mi do gustu. Jeśli miałabym używać perfum herbacianych, to najchętniej sięgnęłabym po napój doprawiony imbirem,cynamonem i goździkami.  Rozkosznie ciepły, podnoszący ciśnienie i rozbudzający. 

Opakowanie- flakon charakterystyczny dla marki.

Trwałość- dobra

Gdzie pasuje- zapach jesienno-zimowy. Bardziej dzienny, niż wieczorowy. 

Komu pasuje- unisex.

Nuty zapachowe:
Nuty głowy : goryczka, neroli, bergamotka
Nuty serca : cynamon, imbir, palona herbata, anyżek
Nuty bazy : miód, wanilia, drzewo gwajakowe 

Ilustracje:
http://kordelia.deviantart.com/art/TEA-46513886?q=boost%3Apopular+tea+for+two&qo=6
http://claraxy.deviantart.com/art/Tea-II-100721375?q=boost%3Apopular+tea+sugar&qo=3

poniedziałek, 27 września 2010

Gucci - Envy

Pamiętam ,że dawno temu, gdy o zapachach niszowych nie wiedziałam absolutnie nic, a perfumy selektywne przeznaczone były dla 'starszych' pań [czyt. nie-dzieci], dostałam do powąchania Envy Gucci'ego. I bardzo mi się podobało. Nie wiem ile wtedy mogłam mieć lat. Ze 12ście, 13ście?
Ostatnio coś mnie podkusiło, żeby  przypomnieć sobie 'Zazdrość'. Nie tylko ze względu na wspomnienia, ale i zawartą w kompozycji konwalię.

Otwarcie Envy tryska słodkim żółto-zielonym sokiem z łodyg. Zapach jest żywy, subtelny i świeży, ale nie pozbawiony słodyczy.Dodatkowo okraszony rześkim cytrusem, który w tym przypadku nie daje wrażenia 'sportowej świeżości'.

Po paru minutach owocowa słodycz przybiera na sile. Czuć ananasa, przez co Envy przywodzi mi na myśl Libertine V. Westwood. Tyle, że bardziej zielone i kwiatowe.
Z kwiatów znać o sobie dają konwalie, frezje i róże. Niestety, przeważnie charakterystyczny, hiacynt nie wychylił ukwieconej 'kolby', a [tym razem na szczęście] jaśminu dostało się do flakonu tylko parę płatków.

Pewien zawód sprawiła mi konwalia. To znaczy: cieszę się, że w ogóle tam była, ale tak mocno wymieszana z frezją, owocami i różą, że była niewyraźna i taka 'nieswoja'. Bez cienistego, czy leśnego akcentu.
Za to róża pokazuje ładną, świeżą twarz. Jest delikatna, transparentna, zupełnie niepudrowa. Tyle, że również ginie gdzieś wśród nut. Nawet zastanawiałam się czy byłby jakiś sposób, żeby ją wzmocnić kropelką innego różanego zapachu, ale wiem ,że nic by z tego nie wyszło. Każde różane perfumy, jakie znam  przytłoczyłyby zwiewność Envy i zupełnie zalały zatopioną tam różę.

Ta faza Envy jest jak spacer o poranku przez łąkę . Trawa i płatki kwiatów są jeszcze chłodne i wilgotne, ale jasne, złote promienie słońca rozgrzewają skórę. Nad miedzą, parę kroków dalej, snuje się przejrzysty opar mgły zawieszony nisko nad ziemią.

Trzecia faza zapach, jak zwykle w przypadku 'lżejszych' kompozycji wydaje mi się nijaka-lekko słodkawa, kwiatowo-owocowa papka z chłodnym cedrowym oddechem w tle. Aż się prosi o 'dopsikanie' :)

Envy zupełnie nie kojarzy mi się z zazdrością. Raczej z młodością, niewinnością i czystością. To zapach naturalny i wiosenny. Optymistyczny jak pierwsze, wiosenne promienie słońca. Niewyzywający.
Mimo że zapach doceniam, nie planuje zakupu flakonu. Envy jest miłym wspomnieniem i przyjemnym skojarzeniem, ale zostawiam je za sobą jako niewinne zauroczenie. Teraz wolę [z letnich zapachów] Libertyna.

Opakowanie- prosty, wysoki flakon. Klasyczny i niezwracający niczym mojej uwagi. Mój stosunek do flaszki jest zupełnie ambiwalentny.

Trwałość- na mnie średnia.

Gdzie pasuje- dobry zapach na wiosnę i lato [na jesień i zimę ZUPEŁNIE mi nie pasuje]. Perfumy na  dzień.

Komu pasują - dobry zapach dla wielbicielek perfum lekkich i zwiewnie kobiecych.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: bergamotka, frezja, brzoskwinia, ananas
nuta serca: hiacynt, konwalia, róża, jaśmin
nuta bazowa: cedr, sandałowiec, kosaciec florencki, piżmo

piątek, 24 września 2010

Profumi di Pantelleria Maestrale

Maestrale to kolejny zapach noszący imię wiatru. Mistral to silny, zimny i suchy wiatr regionalny, dręczący Francuzów [m.in. prowansalskich. Szarpie im ich ukochaną lawendę :P]. Nie wdając się w szczegóły dotyczące regionów, czy pochodzenia 'pierwowzoru' przejdę od razu do opisu perfum.

Otwarcie zapachu jest suche i bardzo wytrawne. O dziwo, na początku bergamotka siedzi cicho. Za to przyprawy zionął ze wszystkich sił. Mocno czuć kardamon zaogniony goździkami,a rozgrzana kolendra niegrzecznie chucha w nos . Wydaje mi się, że czuję również liść laurowy, ale w lotnym pyle przypraw ciężko stwierdzić.

Już po paru chwilach zapach rozbrzmiewa prawdziwie wytrawnym , hardym pięknem. Typowo męskim, nieugłaskanym i wyrzeźbionym niczym tors kellana lutz'a ;) [ok. on jest trochę ugłaskany,ale rzeźbę ma bez zarzutu :P]. Na twardym, drewnianym podłożu rozgościła się kwaskowa bergamotka w otoczeniu gorzkawych przypraw. Gdzieniegdzie przez sęki wyglądają ciekawskie kłącza irysa. Całość okraszono, świeżą lawendą w męskim wydaniu. Szkoda, że rumu na mnie nie czuć.

Tors Kellana na potwierdzenie :P
Kompozycja na tym etapie jest silna i surowa. Przy czym stabilna i spokojna. Pasuje mi do pustelnika, który spędza samotne dni nie na medytacji, czy nauce, a zaprawianiu ciała w trudnych warunkach, szkole przetrwania i ubijaniu niedźwiedzi gołymi rękami. Ewentualnie na kąpielach w lodowatej wodzie [oczywiście bez mrugnięcia okiem, panicznego wciągania powietrza w płuca, wzdychania, piszczenia czy narzekania jaka woda jest lodowata].

Nuty zapachowe przeplatają się płynnie , zacierając granice pomiędzy kolejnymi składnikami. Na pierwszy plan wybija się tylko drewno i gorzkie przyprawy. Te drugie również dość mocno ze sobą wymieszane.

 Trzecia faza nieco łagodnieje. Szarpana chłodnym wiatrem lawenda poddaje się i cichnie, gorzkawe przyprawy osypują się, a bergamotka [dość szybko] gdzieś wsiąka. Na placu boju zostają dostojne nuty drzewne z nieco wysuszonym wetiwerem i odrobiną goryczy, która sprawia wrażenie bardziej ziołowej, niż przyprawowej. 

Atmosfera zapachu kojarzy mi się z Alaską :D Z terenami zimnymi, trudnymi, surowymi i nie przekształconymi przez człowieka. Z okolicami, w których, gdy wyjdziemy rano na ganek, możemy spotkać niedźwiedzia ciągnącego przez środek ogródka zwłoki upolowanego łosia. Surowe i nieugrzecznione piękno natury.

Maestrale na prawdę mi się podoba. Tyle,że nie dla mnie, a dla mężczyzny. Jednak nie mogę wyzbyć się uczucia, że zapach jest typowo męski. Praktycznie każdy składnik podano 'na szorstko' i 'na twardzielsko' [znów mam na myśli przystojnego trapera z dwudniowym zarostem, a nie jakiegoś pakera].

Opakowanie- flakon pasujący do zapachu. Prosty surowy, z brązową [drzewną :P] zakrętką.

Trwałość- dobra

Gdzie pasuje- mężczyźnie właściwie wszędzie. To zapach po prostu na wskroś męski i nadaje się na każdą okazję. Może na wystawne przyjęcie poleciłabym coś innego.

Komu pasuje- zapach męski.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: lawenda, rabarbar, bergamotka
nuta serca: jaśmin, irys, rum, kardamon, kolendra goździki
nuta bazy: nasiona hibiskusa, drewno cedrowe, wetiwer

Ilustracje:
http://demonaire.deviantart.com/art/Alaska-46311312?q=boost%3Apopular+alaska&qo=20
http://brettc.deviantart.com/art/Alaska-102638867?q=boost%3Apopular+alaska&qo=8

wtorek, 21 września 2010

Donna Karan - Chaos [nowa wersja]

Chaos-taka nazwa zobowiązuje. Spodziewałam się zapachu zmiennego, niespokojnego, przyciągającego i nie pozwalającego oderwać nosa od skóry. Walki przeciwieństw, starcia żywiołów, chmury niszczycielskiego pyłu. Tymczasem jakoś nie mam nawet ochoty zbliżyć 'narządu poznawczego' do nadgarstka.
 
Preludium Chaosu jest dla mnie  odstręczające-oleiste, słodkawe. Trochę duszące, mimo że zapach nie jest ciężki. Do tego pojawia się lekko kwaskowa nuta i psuje to, co od początku nie było na mnie piękne. 
Może to trochę dziwne skojarzenie , ale zapach kojarzy mi się trochę trupio. Nie-nie czuję zgnilizny, czy pogrzebowego kwiecia. To takie dalekie skojarzenie, które ciężko mi wytłumaczyć. Miałam wątpliwą przyjemność znaleźć kiedyś szczura w początkowym stadium rozkładu i w zapachu Donny Karan wyczuwam coś z aury tamtego gryzonia. Chłód, słodkawy zapach rozkładu, oślizłość...

Gdy zapach się rozwija, dają o sobie znać zioła i przyprawy- wyraźnie czuć szałwię, trochę rumianku i szafran. Wszystko rozpływające się po sandałowej bazie. Zapach rozgrzewa się , nabiera nieco goryczy. Przyznaję,że jest specyficzny, ale nie mogę powiedzieć, żeby mi się podobał. Na szczęście skojarzenia ze sztywnym gryzoniem rozpływają się w sandałowcu, ale dalej coś mi nie gra. Wydaje mi się,że zapach po prostu kłóci się z moją chemią...albo tak po prostu miało być.  Sama nie wiem, ale z dużym przekonaniem mogę powiedzieć ,że Chaos nie jest 'mój'.

Po ok. 1-2 godzinach następują kolejne zmiany- większość ziół więdnie. Zostaje tylko chłodny rumianek z szorstkimi, ostrymi goździkami i szafranem. Co jakiś czas podniesie łeb szałwia, ale nie czuć jej już w  'trybie ciągłym'. W tle dalej czuję sandałowiec. Tym razem z odrobiną piżma. Niestety, nuty drzewne wydają mi się spróchniałe - wilgoć powstrzymuje lotne olejki przed ulatnianiem, wypłukuje to, co z żywego piękna jeszcze w drewnie zostało.

Chaos rzeczywiście jest zapachem zmiennym. Poszczególne składniki dają o sobie znać w określonym  czasie i stężeniu. Zapach jest złożony,ale dzięki 'gaśnięciu' nut nie obciąża za bardzo nosa. Podoba mi się sposób, w który został skonstruowany- wbrew nazwie nie ma tu chaosu, a przemyślana , misternie złożona harmonia. Szkoda, że tą przestrzenną , wielowymiarową konstrukcję zbudowano blisko skóry.

Inną sprawą jest moja ocena zapachu ' w odbiorze' . Mimo ,że pojawiają się nuty, które lubię, w tej kompozycji splatają się ze sobą  tak ,że nie mogę wyzbyć się uczucia zawiedzenia. I niesmaku.
Całość jest dla mnie zbyt tłusta, wilgotna i obca. Tak jakby wszystko pozbawione było życia. Próchniejące, zwiędłe, rozkładające się. I zupełnie bezpłciowe.

Opakowanie - czarny, prosty, walcowaty flakon. Wygodny, ładny i estetyczny.

Trwałość- dobra.

Gdzie pasuje- na wiosnę i jesień.

Komu pasuje- unisex.

Nuty zapachowe: 
kolendra, lawenda, szałwia, rumianek, goździki, szafran, kardamon, cynamon, drzewo sandałowe, oud, piżmo

Ilustracje z Deviantarta. Autorzy:
redpeggy
vinegar
Ingy

piątek, 17 września 2010

L'Artisan Parfumeur, Les Epices de la Passion, Poivre Piquant

Czyli ulotna czerń i biel.

Poivre Piquant to jeden z 'afrodyzjaków' L'Artisana. Szkoda,że na mnie nie działa. To raczej afrodyzjak w wersji 'Light. Specyfik odprężający, relaksujący, ale nie powodujący podwyższenia ciśnienia :)

Od początku czuć zapach czarnego pieprzu i mleka. Zapach jest słodkawy, kremowy, śmietankowy. Z   charakterystyczną, pieprzową nutą i związaną z nią pikantnością i goryczką.

Rozwój zapachu niesie pojawienie się innych gatunków pieprzu [najmocniej czuć pieprz biały]. Przyprawy dalej namoczone są w mleku. Tym razem słodszym, z posmakiem lukrecji. Zapach jest ładny i dosyć oryginalny, ale [prawie] jak zwykle musi mi coś u L'Artisan'a nie pasować. Poivre Piquant bardzo szybko traci na mnie intensywność. Określiłabym to jako 'w mgnieniu oka' :) Po ok. godzinie pieprzne mleko snuje się niemrawo po skórze i trzeba nachylić się blisko spryskanego miejsca ,żeby dobrze zapach poczuć.

Dlatego trzeciej fazy nawet nie mam po co opisywać [chociaż i tak to zrobię], bo zapach jest już tak słaby, że wiernie obnaża się tylko przed swoim panem [czyt. nosicielem].
Wspomniana trzecia faza jest szalenie delikatna, słodkawa, ale mniej mleczna. Pieprz, jako motyw przewodni, dalej trzyma się na skórze.

Poivre Piquant to zapach ładny i spokojny. Tworzący poczucie bezpieczeństwa, dający wrażenie przyjemnego ciepła. Pomysł na perfumy był bardzo dobry i gdyby ktoś pomyślał o lepszym utrwaleniu, to mógłby to być jeden z hitów marki. Niestety, słaba trwałość całkowicie przekreśla dla mnie tę kompozycję.

Opakowanie- charakterystyczne dla L'artisana.

Trwałość- na mnie bardzo słaba.

Gdzie pasuje- jeśli na innych PP trzyma się równie słabo jak na mnie, to spokojnie można go użyć zawsze i wszędzie...i tak szybko nic nie będzie czuć. Natomiast jeśli czyjąś skórę polubi bardziej, to polecam na wiosnę i jesień. Czyli na czas kiedy nie jest ani za zimno, ani bardzo gorąco.


Komu pasuje- unisex.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: mleko, czarny pieprz
nuta serca: biały pieprz, różowy pieprz
nuta bazy: miód, drzewo lukrecji.

Ilustracje:
pierwszy obrazek by chedoy [źródło-Deviantart].
autora obrazka  dziewczyną w kapturze nie znam. 


P.S. Z góry przepraszam za ewentualne błędy [literówki itp.] w recenzji. Mam spuchnięte prawe oko i trochę gorzej widzę [a coś się chyba popsuło i 'złe' wyrazy nie są podkreślane]

wtorek, 14 września 2010

Balmain - Vent Vert


Czyli z kosą na zielsko :)
Vent Vert to jeden z absolutnych klasyków. Perfumy, które wyryły w historii swoją nazwę...nazwiskami. Podobno był to jeden z ulubionych zapachów pięknej Brigitte Bardot, szalenie charakterystycznej Grety Garbo i książkowego James 'a Bond 'a. Mając tak wyjątkowych fanów, Vent Vert po prostu musiał przetrwać zmiany gustów itp. Nawet jeśli teraz już niewiele osób go używa.

A szkoda, bo przy perfumach Douglasowo-Sephorowych zalatuje wręcz niszą w typie tych monotematycznych, ale nie 'monoskładnikowych' perfum. 

Vent Vert jest esencją zieleni. Dzikiej, rozłażącej się, zahartowanej w walce o wodę i światło. Pachnie zapuszczonym , niepielęgnowanym od lat ogrodem pełnym długich traw, perzu, mleczy i jaśminu [wiadomo- jaśmin to prawdziwy twardziel :P]. Od początku do końca tnie ostrymi krawędziami ździebeł,  paruje drapiącymi oparami ściętej trawy, sączy kwaśne soki. Zachowuje się tak nieprzyjaźnie, że aż chwilami cały ten splątany, rozpasany, roślinny burdel prosi się o parę ciosów kosą. Ale prawda jest taka, że nie chciałabym tego robić.

Pierwsza faza VV jest najtrudniejsza. Cytrusy z alkoholem nadają dziwny posmak galbanum i ogólnie pojętej zieleni [czyt. masie chwastów]. W sumie zapach ma prawie cały czas dziwny posmak, ale na początku jest on odpychający, a potem już tylko osobliwy.

W drugiej fazie czuję głównie lekko kwaśną, zdziczałą zieleń. Bez szlachetności, poprawności, wysłodzenia. Wytrawną, szorstką, nieelegancką. 
A do tego wszystkiego jeszcze dochodzi truciciel jaśmin. Wije się podstępnie, z tymi swoimi małymi, białymi kwiatkami i tylko czekać, aż zacznie cuchnąć...Tyle, że jego  złośliwe opary nawet nieźle komponują się w tym całym nieładzie. Zmieszany z dość wyraźnym hiacyntem i leciutką frezją, układa się w ostrą, drażniącą kwiatową nutę, która podsyca wrażenie surowości i wytrawności zapachu.

Pojawia się również parę ziołowych rebeliantów-zahartowanych w tym trudnym 'terenie', zaprawionych w boju i przesiąkniętych zepsuciem i brutalnością swoich  'niepożytecznych' kolegów tak, że ciężko im teraz przypisać dobre [tj. lecznicze] intencje.
Warto wspomnieć, że w tych perfumach jest coś, co od razu daje wrażenie, że to niemłody zapach. Jakaś taka nutka 'retro', którą czułam np. w Bandytce Pigueta.

Trzecia faza nadchodzi dość szybko i nie jest ni ładna, ni ciekawa. 'Twarda' zieleń flaczeje jak mięśnie podstarzałego kulturysty,po czym, zawstydzona okrywa się smugą piżma. Zapach daje wrażenie lekkiego 'zakwaszenia' na skórze. Nie lubię tego, ale mimo to zastanawiam się nad flakonikiem VV, ponieważ perfumy kuszą wielowymiarowością zieleni, przekorą i chaosem. To jeden z tych zapachów , które odpychając przyciągają, a ja widocznie jestem masochistką :)


Opakowanie- śliczny flakon z 'rozwichrzoną' nakrętką i zieloną kokardką. 

Trwałość- średnia. 

Gdzie pasuje- dobry zapach na wiosnę i lato. Z naciskiem na to pierwsze. Perfumy dzienne.

Komu pasują- teoretycznie zapach damski.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: galbanum, drzewo cytrusowe, kwiat pomarańczy, nuty zielone, indyjskie przyprawy, brzoskwinia, bazylia, limonka
nuta serca: fiołek, frezja, jaśmin, hiacynt, ylang - ylang, konwalia, róża
nuta bazy: irys, sandałowiec, ambra, piżmo, bursztyn, mech dębowy, szałwia, wetiwer, benzoes

Ilustracje:
http://www.atelierwinckler.com/gallery/changing.html
http://fia.cgsociety.org/gallery/874134/
http://folkvangar.cgsociety.org/gallery/580892/

niedziela, 12 września 2010

Penhaligon's - Elixir

Zapachy Penhaligon's są dla mnie wyjątkowo 'swojskie'. Za każdym mam bogate skojarzenia.Czasami dobre, kiedy indziej gorsze, ale zawsze coś mi przypominają.

Po Elixirze spodziewałam się zapachu słodkawego, z nutą kadzidła. Takiego bardziej 'Love Potion', albo mikstury maga :) To pewnie przez te śliczne, eleganckie flakoniki. Tymczasem Elixir pachnie jak eliksir nie maga, czy wróżki, a bardziej jak mikstura nieco stukniętego szamana.Nadpobudliwego zielarza, który mamrocząc coś pod nosem skacze od jednego bulgoczącego gara, do drugiego. W tle słychać szaleńczy chichot, który pewnie przeraziłby 'pacjenta', gdyby ten nie został 'na wszelki' wypadek 'znieczulony'.

W pierwszej fazie Elixir pachnie ziołowo i leczniczo ze sporą ilością gorzkawej gałki muszkatołowej i ciepłego kardamonu. W efekcie zapach jest raczej rozgrzewający, ale z chłodną , przenikliwą nutą eukaliptusa.

W drugiej fazie do leczniczej mieszanki dochodzi odrobina słodkawego dymu. Przebijają się również nieliczne kwiaty róży i neroli. Całość jest w dalszym ciągu mocno zdominowana przez zapachy z zakresu 'medycyny domowej'. A to za sprawą wspomnianego, mocnego eukaliptusa, który był używany już przez Aborygenów w czasie infekcji i gorączki.Poza tym eukaliptus posiada działania antyseptyczne [dobry na przeziębienia], wykrztuśne [leczenie infekcji płuc m.in. zapalenia oskrzeli i płuc], rozgrzewające i przeciwbólowe. Leczy również niektóre infekcje bakteryjne skóry. Innymi słowy-ma bardzo szerokie zastosowanie lecznicze i używany jest w maściach rozgrzewających, sztyftach 'do wąchania'  na katar itp. Dlatego wiele osób [w tym ja] miało z nim styczność w czasie choroby.

Trzecia faza jest nieco mniej 'przeszywająca',ale dalej czuję w niej 'przysmak koali' :) Dodatkowo ukazuje się nam ładna, drzewna baza osnuta leciutko kadzidłem, osłodzona szczyptą wanilii i podgrzana resztkami przypraw. Szkoda tylko,że gdy zapach dochodzi do trzeciej fazy, jest już dość cichy i słaby.

Elixir jest zapachem bardzo wytrawnym. Ziołowym , gorzkawym, przenikliwym. Podoba mi się,że jest złożony i niebanalny, ale sama nie sprawię sobie większej ilości. Przede wszystkim dlatego,że niesie nieprzyjemne skojarzenia z chorobą i leczeniem. I wydaje mi się ,że nawet jeśli ja potrafię odrzucić wizję nacierania się maścią i kaszlenia przy tym 'charcząco', to jednak innym może kojarzyć się z takimi niedogodnościami jak katar , zapaleni oskrzeli,  kaszel z 'wypluwaniem płuc' w roli głównej itp. :) A jakoś niespecjalnie podoba mi się wizja bycia uważaną za 'wiecznie zdechłą' :)

Opakowanie- jak zwykle u Penhaligon's flakonik jest piękny.Jak mała karafka. Tym razem w wersji z czerwonymi dodatkami.

Trwałość- niestety średnia. To znaczy nie jest źle, ale na mnie dość szybko zapach słabnie i po paru godzinach znika.

Gdzie pasuje- na nieoficjalne okazje. Nadaje się do biura czy pracy. Zapach wydaje mi się dzienny. Niezły na jesień, zimę i wiosnę.

Komu pasuje- unisex.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: eukaliptus, kardamon, kwiat pomarańczy (absolut), biały cedr
nuta serca: róża turecka (absolut), egipski jaśmin (absolut), liście cynamonu, gałka muszkatołowa, brazylijskie drzewo różane
nuta bazy: benzoes, wanilia, tonka, kadzidło, czerwone drzewo sandałowe, gwajak

Ilustracje:
http://mamba80.deviantart.com/
http://sandara.deviantart.com/

czwartek, 9 września 2010

Thierry Mugler - Womanity

Nowy zapach Thierrego Muglera niedawno ukazał się w Polskich perfumeriach. Stojąc sobie grzecznie na półce, od razu przyciągnął moją uwagę. Mimo różowego koloru po prostu musiałam spryskać się zawartością pięknego flakonu...misternie zdobiona flaszeczka aż prosiła się o wzięcie w łapki, pomacanie...a głupio byłoby tak ją macać i nawet nie przetestować [zresztą dziś skusiła mnie tak trzeci raz :) ]

I nie jest źle, chociaż tak jak się spodziewałam było słodko i różowo. Lubię niektóre słodkie zapachy [Hypnotic Poison, Lolity itd.]. Nowym perfumom Muglera brakuje  jednak ostrego, twardego charakterku i podtekstu, który mógłby skusić mnie na choć krótki, niewinny flirt. Ale i tak wąchałam go z naiwną przyjemnością. Bo gdyby mi się jednak spodobał, to mogłabym sobie sprawić taki śliczny flakon...a kupno perfum dla samej buteleczki wydaje mi się poronionym pomysłem.

Początek jest gładki, różowy i nieco 'pulchny'. Łaczy w sobie owocową słodycz z odrobiną pudru sklejonego ambrą. Kompozycja jest gęsta, trosdzkę ulepowata, ale nie tandetna. 

W rozwinięciu, niestety owoce nie wyodrębniaja się wystarczająco. Miałam nadzieję,że będzie czuć wyraźną, ociekającą sokiem figę, albo ciekawe, kwaśne kiwi. Słodkie 'biedactwo' zostało zbyt mocno przytłoczone kremową, choc ładną paczulą, a zielony 'nielot' nieśmiało zagrzebał się gdzieś w gęstwinie ciężkich nut. Na szczęście paczula nie przybiera szarych, piwnicznych odcieni, jak czasami miała zwyczaj robić w Angelu. 

Na tym etapie pojawia się równiez piżmo. Nie jest mydlane, a charakterystycznie miękkie i raczej nie 'bije' piany jak  w Clair de Musc Lutens'a. Za to Womanity dostaje ode mnie 'plusa'. 
W głównej fazie zapach kojarzy mi się z watą cukrową-tzn. nie tym jak pachnie wata ,a raczej z jej strukturą-splątanych cieniutkich nici, które przy najmniejszym dotyku pękają, przy odrobinie wilgoci kleją się do siebie ,a pod naciskiem słychać cichutkie chrupnięcie. Nawet ciekawie upleciona kompozycja ;)

Po  jakiś pięciu godzinach, z Womanity zostaje właściwie sama baza [Angel potrafił grać na ciele jakoś dłużej i bardziej intensywnie]. Na tym etapie czuć głównie lekko osłodzone piżmo z bardzo ulotną nutką figową. Nieszczególnie ciekawe zakończenie. 

Womanity kojarzy mi się z kobietą romantyczną ,ale pewną siebie. Bardziej słodką, niż seksowną. Dosyć naturalną- o bladej, niespalonej solarium skórze w różowawym odcieniu, blond włosach i jasnoniebieskich oczach. Nagą, ale nie 'wulgarnie'. Szkoda, że zapach jest na mnie dosyć statyczny-mało ewoluuje i nieciekawie się kończy, bo mogło z tego wyjść coś całkiem fajnego.

Opakowanie- po prostu piękny flakon. Dość prosty kształtem , wygodny w użyciu, z misternym, metalowym zdobieniem przy atomizerze i nakładką na łańcuszku chroniącą 'psikacz'. Buteleczka kojarzy mi się z magicznym , miłosnym eliksirem z jakiegoś fantasy.

Trwałość- dobra,ale słabsza niż Angel'a. 

Gdzie pasuje- nadaje się jako zapach 'dzienny' na chłodniejsze dni. Na wieczór będzie pasował praktycznie zawsze.
Komu pasuje- zapach damski. Pasuje do kobiet o delikatnej urodzie i łagodnym nastawieniu.

Nuty zapachowe: 
figa, kiwi, drzewo figowe, piżmo, kawior, ambra

wtorek, 7 września 2010

Pierre Balmain - Ambre Gris


Czyli kolejna odsłona 'kloca kaszalota' :D

Uwielbiam zapach ambry, ale aplikacja [gdy myślę o pochodzeniu tego szlachetnego składnika] przybiera formę masochistycznego zażenowania. Szczególnie głupio się czuję przy  bardziej pikantnych i zwierzęcych ambrach jak np. Ambre Fetiche [no i nawet nazwę mogę podciągnąć pod ten masochistyczny rytuał]. Jednak Ambre Gris jest wyjątkowo daleko od większości perfum niszowych z 'wydzieliną kaszalotów' w tytule.Przede wszystkim ,dlatego,że na początku to zupełnie ambrą nie pachnie

Od aplikacji, Ambre Gris sprawia wrażenie zapachu eleganckiego i dostojnego. Nieszarpanego niecnymi żądzami, ani zagłębiającego się w fizjologicznym uniesieniu. Ambre Gris uwodzi nie żywiołem, a długim, głębokim spojrzeniem. Takim ,które daje coś do zrozumienia, ale nic nie obiecuje.

Skórę otula dosyć dyskretna, aksamitna warstewka zapachu. Delikatna i gładka.Z poświatą.


Ambre Gris na mnie niewiele ewoluuje. Przynajmniej jego rozwój nie jest zbyt 'widowiskowy'. Najpiękniejsza jest środkowa faza [i na szczęście dosyć długa]. Wyczuwam w niej nutkę , którą poznałam z miejsca. Jagodowo-śmietankowe cukierki Alpenliebe. Takie biało-fioletowe :) Tyle ,że w wersji pikantniejszej i trochę mniej słodkiej. W trakcie trwania drugiej fazy wzmacnia się zapach kadzidła, który zadymia trochę kompozycję. Sprawia,że staje się nieco zamglona, bardziej tajemnicza.I chłodniejsza.
Poza tym wyraźną słodycz daje cynamon, który tu jest nieco rozmyty,niewyraźny,  mirra oraz ciche, tuberozowe serce.

Trzecia faza AG trwa długo. Zapach jest ledwo wyczuwalny , ale gdy zdecydowanie daje mojej skórze miękki słodki posmak [szczególnie dobrze to czuć przy porównaniu obu nadgarstków]. W tej fazie dominuje ciepła, słodkawa ambra z miękkim piżmem i odrobiną nut drzewnych. Kadzidlaną nutkę dalej troszkę czuć, ale już niewiele. Zapach jest bardzo, bardzo delikatny. i jakby tylko wzbogaca naturalną woń ludzkiego ciała.

Ambra Balmain'a jest wyjątkowo miękka. W kompozycji nie ma żadnych zgrzytów czy iskier. Wszystko płynie...i 'za to' mi się podoba. Większość 'moich' zapachów to kompozycje zwracające uwagę i mogące przeszkadzać otoczeniu. To chyba pierwszy 'bezpieczny', zimnolubny zapach, który sama mogłabym nosić [pomijam kompozycje monokwiatowe, bo większość z nich woli raczej cieplejsze klimaty].

Opakowanie- oryginalne...ale mi jakoś ta złota piłka golfowa na szczycie nie przypadła do gustu. Sam flakon ładny, klasyczny. Nie byłoby mi specjalnie żal, gdybym musiała wybrać tester.

Trwałość- trochę ciężko mi to liczyć :) Ale powiedziałabym ,że bardzo dobra. Niby intensywność w trzeciej fazie mocno spada i niewiele czuć, ale zapach jeszcze długo dogorywa na skórze.

Gdzie pasuje- tak, jak pisałam, to zapach bezpieczny i uniwersalny. Pasuje na większość okazji. Nadaje się na wiosenne i letnie wieczory, a także od rana do wieczoru w sezonie jesień-zima.

Komu pasuje- teoretycznie jest to zapach damski, ale powiem szczerze, że nie jest bardziej kobiecy , niż wiele słodkawych kompozycji niszowych. Dlatego polecam go również panom.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: cynamon, czerwona jagoda
nuta serca: mirra, nieśmiertelnik, tuberoza, nuty leśne
nuta bazy: piżmo, styraks, ambra

Ilustracje:
Autorzy:
Tanno Shinobu
 Maggi Harem
+ z Devianta:
http://dragonbehin.deviantart.com/art/Humpback-Whale-156096530?q=boost%3Apopular+violet+whale&qo=4

poniedziałek, 6 września 2010

Muzyczny tag.

Zostałam otagowana ponownie. Tym razem w zabawie muzycznej :) Dziękuję Sabbath i przyłączam się.Tyle,że stwierdziłam,że najlepiej będzie , jeśli znajdzie się tu tylko parę moich 'wszystkim znanych' ulubieńców,a resztę zapełnią kompozycje mniej znane, a przeze mnie bardzo lubiane. Tak w ramach podzielenia się czymś fajnym [no i inaczej, to nawet nie chce myśleć, ile musiałabym 'hostować :P]

 Od razu wymienie kogo zapraszam do zabawy:
LouLou
Marcina
Kolejność utworów nie ma znaczenia :P Nie do wszystkiego zamieściłam filmiki :P

Kategoria: Klasyka.

Mozart: lubię prawie wszystkie bardziej dynamiczne utwory. Jednak chciałbym przedstawić te mniej znane  :) Mianowicie żartobliwe utwory o jakże wdzięcznych tytułach: 'Leck mich im Arsch' [ w wolnym tłumaczeniu ' pocałuj mnie w dupę'- tu tekst], 'Difficile Lectu' [tu chodzi o wymowę i akcenty. Po wyjaśnienie zapraszam tu ], czy Bona Nox, która podobała się na tyle,że zmieniano jej wulgarny tekst :)

I muzyka na youtube:





Wagner:
The Ride of the Valkyries
The Flying Dutchman

Edvard Grieg:
The Hall of Mountain King

Carl Orff:
 Fortuna Plango Vulnera


Kolejna kategoria: Wariacje na temat klasyki. 

I tu prym dla mnie wiedzie śliczna Vanessa Mae z utworami Storm i:

 Devil's Trill [podobno najtrudniejszy utwór skrzypcowy, a twórca musiał sprzedać duszę diabłu,żeby móc go wykonać :)].klip z jakimiś aniołkami , bo inne nie chcą się ładować :(




 No i coś mniej 'sztywnego' :) ROCK

I zaczniemy od jednego z moich ulubieńców- Nick Cave:

Niestety Curse of Millhaven jest na youtube tylko w wersji koncertowej. Po utwór proponuję zajrzeć tu:
http://termometr.wrzuta.pl/audio/9KcBNPZ7bsz/nick_cave_and_the_bad_seeds_-_the_curse_of_millhaven

Za to wrzucam Weeping Song:




 Kolejna pozycja Rolling Stones z Paint it Black. [musiałam...za to nagranie z młodziutkimi Stones'ami ;)]



Areosmith - Dream On



 The Coasters - Down in Mexico 


Styx-Renegade




Kaczmarski - Obława [części 1-4]



Kaczmarski - Sen Katarzyny II



Poza tym bardzo lubię 'Krzyk' i 'Modlitwę o Wschodzie Słońca'.

Moje nowe odkrycie. Zespół Voltaire :D









Dwa ostatnie utwory pochodzą ze ścieżki dźwiękowej do anime: Cowboy Bebop. Z AMVkami,ale nie znalazłam w lepszym wydaniu :P






Sonia Rykiel - Belle en Rykiel EDT


Belle de Rykiel EDT to dość nietypowy zapach damski. Niby kwiatowy świeżak, ale wyjątkowo kwaśny.

Początek jest cytrusowo-kwiatowy. Orzeźwiający i cierpki,ale kobiecy. Wyraźnie czuć cytrynę, lawendę i kwiatowy mix :)
Po chwili, gdy cytryna przestaje agresywnie rzucać się na nozdrza, zapach zaczyna nabierać konkretniejszych kształtów. Pojawia się zielone jabłuszko, a kwiatowy mix rozbija się na różę, lawendę, bardzo delikatny kwiat pomarańczy + niezidentyfikowane, kolorowe 'chwasty' :D

Całość jest nawet przyjemna. Zapach nie jest 'różowy' i słodki, jak to często bywa w przypadku kompozycji kwiatowych, a bardzo kwaśny i pobudzający. Cytrusy- cytryna i yuzu trwają na prawdę długo i przez pewien czas wręcz 'wżerają' się w nos przy bliskim kontakcie. Mimo że za cytrusami nie przepadam [podawanymi 'do nosowo' :P] w tym przypadku stawiają całą kompozycję na nogi i dodają wyrazu.

Niestety ostatnia faza mnie zawiodła. Zapach jest cytrusowo-kwiatowy do końca, ale w końcowej fazie robi się już mdły i nieciekawy. Tu już trzeba 'dopsikać' ;)

Jedynym minusem najdłuższej fazy zapachu jest dla mnie to, co powinno być najciekawsze, czyli zielone jabłuszko. Pomijając skojarzenia z zielonym Be Delicious DKNY, którym czasami pachnie połowa pań w tramwaju, tu jabłko jest trochę chemiczne. Mimo że wyszło kwaskowe, chrupiące i niezupełnie dojrzałe, czyli tak jak lubię, to wąchając je, waham się- czy to prawdziwe jabłko, czy woskowa atrapa :)

Ogólnie zapach oceniam jako 'pożyteczny' :) Sprawdzi się jako środek rozbudzający i orzeźwiający. Ma w sobie coś ciekawego-właśnie ten żrący kwas, ale dla mnie to za mało.

Opakowanie-w kształcie sześcianu. Wygląda trochę jak liliowa kostka do gry, gdyby usunąć korek i atomizer.

Trwałość- dobra

Gdzie pasuje- na wiosenne i letnie dni.

Komu pasuje - zapach damski.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: cytryna, zielone jabłko, bergamotka, yuzu

nuta serca: lawenda, róża, konwalia, płatki pomarańczy

nuta bazy: kadzidło, paczula, żywica, piżmo


Ilustracja z Deviantart'a. Autora niestety nie znam :(

piątek, 3 września 2010

Diptyque - L'Ombre dans l'Eau

L'Ombre dans l'Eau to wielki zapach. Nie w ten sam sposób, co majestatyczny , zdystansowany Avignon, ani Black Tourmaline buchające z czeluści. Również nie tak jak mega-klasyk-Chanel nr.5.

L'Ombre dans znalazło swój własny sposób na wielkość. I trzeba mu to przyznać, nawet, jeśli się go nie lubi.

Bo powiedzmy sobie szczerze- to nie jest łatwy zapach do noszenia na własnej skórze. Niewielu chyba czułoby się w nim dobrze 'na dłuższą metę', nawet jeśli wąchany od czasu to czasu,albo na kimś innym się podoba.

Nazwa perfum oznacza 'Cień na Wodzie' i w pewien sposób oddaje nastrój i charakter zapachu.
Atmosfera 'wodnego cienia' kojarzy mi się z miejscem pustym, odludnym. Chłodny wiatr odgarnia włosy z twarzy, przedziera się przez cienkie warstwy muślinowej sukni i spina skórę w dreszczu. Zaraz później słychać plusk wody. Lodowata tafla zamyka się nad muślinem, a długie jasne włosy falą napływają na bladą twarz.I nad lustrem wody zostaje przestrzeń wypełniona śladem-jakby cieniem różanych perfum, niemym krzykiem roztartych bosymi stopami traw, świeżym oddechem ziół...a właścicielka różanego obłoczka? Jest już tylko cieniem w wodzie...

Pierwsza faza L'Ombre dans l'Eau przeszywa chłodem zieleni,otula rozwodnionym, odległym zapachem róż i cuci odrobiną ziół. Potem zapach staje się minimalnie słodszy. Jest to taki dziwny rodzaj słodyczy-jakby soków roślinnych i kwiatów. W żadnym wypadku tandetny, czy cukrowy. Zapach jest wręcz wyniosły. Jak ktoś, kto idąc ulicą, patrzy tak , jakby nikogo innego nie było. Jakby jego wzrok przenikał przez ludzkie ciało.

Dalej kompozycja niewiele się zmienia. Pozostaje lodowaty,wodny, różano-zielony. Świeży, ale nie lekki. Tylko pozornie delikatny. Chłód, który od niego wieje sprawia wrażenie aseksualnej zwiewności. Oderwania od zmysłowego ciała, przeniesienia na stopień duchowej obojętności: będzie, co ma być- ja jestem ponad tym.

Gdy wąchałam 'Cień na wodzie' z korka 'odlewkowego' atomizera, byłam trochę zawiedziona. Pomyślałam,że takie rozwodnione kwiatki, to nie w moim stylu. A przy pierwszym teście globalnym zmieniłam zdanie. Zapach, mimo pozornej wodności i subtelności ma niezwykłą moc. Taką, że niektórym przeszkadza [np. mojej mamie. Ale mam wrażenie ,że jej przeszkadza każdy mocny zapach, który mi się podoba. Poza Gris Clair. Go nigdy nie rozpoznaje i raz mówi,że też to chce, a kiedy indziej, że śmierdzi :D], innych irytuje, przyprawia o ból głowy, a jeszcze innych w sobie rozkochuje.
Ciekawostka - podobno to ulubiony zapach Catherine Deneuve.

Opakowanie- charakterystyczne dla Diptyque.

Trwałość- bardzo dobra. Trzyma się na mnie od rana, do wieczora.

Gdzie pasuje- dobry zapach na wiosnę i lato. Na dzień i na wieczór. Stosowany zimą, może 'podkreślać' uczucie chłodu.

Komu pasuje- unisex. Bardziej damski, niż męski.

Nuty zapachowe:
cassis, liście czarnej porzeczki, róża


Ilustracje z Deviantart'a. Autorzy:
thienbao
loish
sylphielmetallium

ostatni - Ray Caesar

czwartek, 2 września 2010

Jose Eisenberg - Rouge & Noir EDP

Jakoś zawsze ten zapach mi umykał. Testowałam go,ale potem zapominałam o nim napisać. Dziś nadszedł czas Czerwieni z Czernią.

Pierwsza faza Rouge & Noir jest nieprzyjemna. Mieszanka bergamotki, z resztkami alkoholu i pozostałymi składnikami nieprzyjemnie wżera się w nos. Z czasem kompozycja łagodnieje i przechodzi do całkiem atrakcyjnej fazy drugiej.
Gdy cierpliwość pozwoli kompozycji się rozwinąć, powstaje ciekawa mieszanka ciepłych nut orientalnych z otulającą słodyczą i nutami kwiatowymi. Dobrze wyważona, przyjemna w noszeniu. Główną rolę odgrywa tu ylang ylang i wanilia. Dzięki nim kwiatowy mix nie jest chłodny, ani ogłuszający. Z bogatej gamy kwiecia w sumie żaden nie wybija się mocno na pierwszy plan. Na pewno czuć odrobinę róży, cień tuberozy i kwiat pomarańczy, ale wszystkie pozostają ze sobą w harmonii. Głębi mieszance dodaje rozproszony obłoczek kadzidła. Niespalonego, aromatycznego i lekkiego.


Trzecia faza odejmuje trochę kwiatów. Zapach mocno się wysładza i lepiej czuć w nim woń neroli. Całość pozostaje ciepła i przymilna.
Nazwa perfum jakoś średnio oddaje nastrój zapachu. Po Rouge & Noir spodziewałabym się czegoś kadzidlanego, z długimi pazurami. Ewentualnie 'trudnego' szypru z nutką pikanterii. W rzeczywistości R&N to nie dziki kocur, a piesek Corgi [to te pocieszne, trochę za długie z króciutkimi łapkami, które zawsze wyglądają jakby się uśmiechały :)]-z rudym futerkiem , waniliowym brzuszkiem i wesołym machaniem ogonem. A nawet jak ugryzie, to i tak nie powyżej kolan :)

Perfumy Eisenberga podobają mi się, ale to za mało, żebym ich pragnęła. Mogę się za nimi obejrzeć, ale wyć po nocach nie będę...

Opakowanie- proste, z czerwonym korkiem i nazwą wypisaną ładną czcionką. Ogólnie ok, choć mi flakon trochę za bardzo kojarzy się z flaszeczką Beauty od E.Arden.

Trwałość- dobra.

Gdzie pasuje-zapach raczej wieczorowy.

Komu pasuje- niby to zapach damski, ale wydaje mi się, że i mężczyzna mógłby po nie sięgnąć

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: czarna porzeczka, bergamotka, pomarańcza, brzoskwinia
nuta serca: ylang ylang, jaśmin, kwiaty łąki, róża
nuta bazy: benzoin, tuberoza, kwiat pomarańczy

Ilustracje:
nie znam autora Asuki w słodkim wydaniu
Autorzy pozostałych:
http://kimbo-demonica.deviantart.com/
http://dongdonggadongdong.deviantart.com/
Zdjęcie z prawej stąd:
http://cityrag.blogs.com/main/2007/04/ass_kicking_cut.html

Penhaligon's - Lily of the Valley

Ostatnio zachciało mi się konwalii. Los tak chciał, że jako pierwsza trafiła do mnie miniaturka Penhaligon's - Lily of the Valley. Zapach ma dość długą historię. Powstał w 1976 r. [w 1995 r. zmieniono flakon. Chyba obyło się bez reformulacji ;) ], więc to taki konwaliowy klasyk. Poza tym Penhaligon's dość dobrze radzi sobie z kwiatami i poczułam, że muszę zapach poznać jak najszybciej.

Początek jest ślicznie, intensywnie konwaliowy. Dziewczęcy i niewinny. Niesie ze sobą skojarzenie z ciepłem i słońcem. Pewnie dlatego,że konwalie kwitną w maju, a przez wiele lat kwiaty te rosły u mnie w ogrodzie, więc miałam z nimi kontakt.
Pierwsza faza zapachu jest kwiatowa z nutką zieleni. Słodyczy jest niewiele, z mydłem też nie miałam skojarzeń.

Dopiero gdy zapach wchodzi w druga fazę i [pewnie] ulatnia się z niego ożywiająca kompozycję limonka, wyłazi z niego odrobina piany. Czyli robi się delikatniejszy, bardziej rozmyty i troszkę mydlany. Ale nie jest źle.

Z czasem pojawiły się u mnie trochę negatywne skojarzenia: do mycia umywalki używam proszku pachnącego podobnie, lecz bardziej ostro i chemicznie, a klatka schodowa w budynku, w którym mieszka 'Luby', notorycznie myta jest jakimś konwaliowym detergentem. Pewnie przez to, w końcu pojawiają się skojarzenia z 'drogeryjną' czystością :) Mimo to, gdy wychodzę na świeżo umytą klatkę, robię głęboki wdech [choć cholera wie, jaka to trucizna] i z przyjemnością zaciągam się zapachem białych kwiatków. Tak samo jest z perfumami Penhaligon's - mimo że mam mieszane uczucia przez powyższe skojarzenia, to i tak ciągnie mnie do wdychania zapachu z nadgarstka . Chyba po prostu mam słabość do konwalii [albo czystości...chociaż nie. Sądząc po moim pokoju, to bardziej ciągnie mnie w stronę totalnego chaosu :D ].

Nastrój zapachu jest radosny, wiosenny i relaksujący. Kojarzy mi się z siedzeniem w cieniu, w ciepły majowy dzień. I z białą sukienką ;) W końcu konwalia, to najpopularniejszy dodatek do sukni komunijnych. Wplatana w wianki, lub 'podawana' w formie bukiecików jest nieodłącznym dodatkiem w okresie 'pierwszych komunii'.
Tyle, że taka prawdziwa konwalia z wianków [gdzie pewnie i 'zielenina' coś wnosi] jest nieco ostrzejsza i mniej słodka. Lily of the Valley jest delikatnie słodkawe i poza pierwszą fazą troszkę 'nieostre'. Ta słodycz czyni je bardziej zmysłowym, nie ujmując przy tym niewinności. Dzięki temu zapach bardziej kojarzy mi się z długowłosą blondynką w białej, zwiewnej sukience, niż z jej 'miniaturką' z różańcem.

Zapach prawie nie ewoluuje. Różnica między pierwszą , a drugą fazą polega głównie na zmianie intensywności i ostrości,a potem LotV prawie się nie zmienia. Tylko słabnie i cichnie.

Jeden mały kwiatek i tyle skojarzeń...Jeden mały kwiatek i taka lista 'składników'... No właśnie: warto zwrócić uwagę na listę nut, z których ułożono ten zapach. Wąchając nadgarstek, mam wrażenie, że czuję tylko konwalię. Ewentualnie z małą 'pomocą' limonki i geranium oraz z lekko słodkawą bazą. A tymczasem użyto tu między innymi jaśminu! Na dodatek wyjątkowo mi nie przeszkadza, nie irytuje, ani nie śmierdzi 'wydzielniczo' czy 'wydalniczo'!

Ogólnie konwalia Penhaligon's spodobała mi się. Nie wiem czy będę jej często używać, ale na pewno 'zdarzy' mi się. Poza tym perfumy zachęciły mnie do poznania innych 'tematycznie kwiatowych' zapachów tej marki. Szczególną ochotę mam na Lavendulę i Violettę.


Opakowanie - mam śliczną miniaturkę. Wyjątkowo urocze maleństwo przypominające karafkę.

Trwałość- jak na dosyć lekkie kwiatki - dobra.

Gdzie pasuje- najbardziej na wiosenne i letnie dni.

Komu pasuje- zapach damski.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: bergamotka, limonka, geranium

nuta serca: konwalie, róża, ylang ylang, jaśmin

nuta bazy: drzewo sandałowe, mech dębowy


Ilustracje:
http://twosilverstars.deviantart.com/art/lily-of-the-valley-40439105?q=boost%3Apopular+lily+of+the+valley&qo=2
http://vassantha.deviantart.com/art/Muguet-62786880?q=boost%3Apopular+muguet&qo=0
autora środkowej ilustracji niestety nie znam.

środa, 1 września 2010

Demeter - Amber

Kolejny zapach z biblioteki Demeter. Po nazwie spodziewałam się czegoś innego - tzn. znając już część zapachów z biblioteki Demeter spodziewałam się perfum przywodzących na myśl bursztyn. Zresztą na ilustracjach reklamujących zapach są bursztyny. A tu co? Nuda. Żadne 'Amber' tylko po prost 'Ambra'. To trochę zbyt mało oryginalnie jak na Demeter. Gdy przypomnimy sobie zapachy takie jak Dżdżownica, Mokry Ogród, Burza [aka. wilgotna piwnica'], Gleba, czy Śnieg, ta kompozycja wydaje się 'taka zwykła'. Demeter odwzorowanie zapachu raz wychodziło lepiej , raz gorzej, ale przynajmniej były ambicję.

Tym razem od początku to zwykła Ambra. W pierwszej fazie nawet ładna, trochę ostra. Po paru minutach prawie zupełnie mięknie i cichnie. Dalej jest dosyć ładna ,ale o kiepskiej intensywności.
Po ok. 30 minutach zostaje po niej tylko aromat tak delikatny,że zlewa się z moją skórą. Nawet ładnie,ale wyczułaby ją tylko osoba , która całowałaby mnie po szyi, albo wtulała się w moje włosy :)

Kompozycję określiłabym jako przyjemną, ciepłą, złotą. Z lekkim, miodowym posmakiem i subtelną słodyczą. Jest ładna ,ale kiepska trwałość dyskwalifikuje ją. Przy takiej ilości zapachów, w których ambra gra pierwsze skrzypce, Amber nie ma szans. Jego głównym atutem jest cena, ale w starciu z Ambre Fetiche czy Ambrą od Etro, pozostanie niezauważony.
Opakowanie - charakterystyczne dla zapachów Demeter.

Trwałość- kiepska nawet na EDC. Po niecałych 3 godzinach prawie nic nie czuć [z nosem przytkniętym do nadgarstka].

Gdzie pasuje- właściwie wszędzie, gdy nie chcemy mocno pachnieć. Zapach już po paru minutach zaczyna trzymać się blisko skóry i jest wyjątkowo bezpieczny.
Komu pasuje- unisex.

Ilustracje:
dark134.deviantart.com